Zanim to jednak zrobię chciałbym napisać do kogo kieruję ten tekst. Celuję w ludzi(jakkolwiek to dziwnie nie zabrzmi), którzy robią to dla siebie. Nie odnoszą profitów finansowych z uprawiania sportu, mają obowiązki, pracę, rodzinę, hobby i chcą się czuć zdrowo. Zdecydowanie bardziej ten artykuł przyda się osobom, które ,,cierpią" na deficyt czasu niż osobom, które tego czasu mają nadmiar. Współpracuję bowiem z ludźmi, dla których sport jest dodatkiem do życia, ale bardzo ważnym dodatkiem. Rozumiem takie osoby, obcuję z nimi od dawna i cała moja działalność służy temu, żeby pomagać właśnie takim osobom, bo zdaję sobie sprawę jak trudno jest wystartować, gdy obowiązków jest nadmiar, a w poprzednich latach aktywność była jedynie na lekcjach wychowania fizycznego. Jednak nie oznacza to, że jesteś na straconej pozycji i jedyne co Ci pozostało to chipsy i Netflix - chociaż na to również jest trochę czasu :) Zacznijmy...
Piekielnie ważna rzecz to uświadomienie sobie tego, że trenujesz po to, żeby żyć pełnią życia, a nie żyjesz po to, żeby trenować. Ludzie już przed rozpoczęciem dbania o siebie odnoszą porażkę. Mówi się, że mecz wygrywa się w szatni. Przegrywa również. I Ty również przegrasz przed wyjściem na boisko, jeżeli nie ułożysz sobie wszystkiego w głowie. Jeśli do tej pory Twoja aktywność to był spacer raz w tygodniu to nie będzie dobrym rozwiązaniem wprowadzenie 5 jednostek treningowych do swojego życia. Ha, pewnie byłoby fajnie i skutecznie, jednak może być trudno, żeby utrzymać to długofalowo, a w kwestii dbania o siebie powinniśmy myśleć o tym jak o maratonie, a nie sprincie.
To co rekomenduję to zastanowienie się, ile tak naprawdę czasu możesz poświęcić na aktywność fizyczną. Nie sugeruj się tym, że Twój kuzyn ćwiczy 5 razy w tygodniu, a koleżanka z pracy we wtorki ćwiczy dwa razy dziennie. Każdy ma swój tryb życia i preferencje, więc wskazane jest to, żeby na podstawie swojego kalendarza omówić się ze sobą i zadeklarować: jestem w stanie ćwiczyć 2/3 razy w tygodniu, bo to nie będzie dla mnie szczególnym wyrzeczeniem. Może to być weekend, poranek czy wieczór. Kluczowe jest to, żeby te aktywności po prostu były. Regularność jest ważniejsza od intensywności.
Słowo dieta u wielu ludzi już kojarzy się z wyrzeczeniami i może powodować nawet dreszcze :) I często słusznie! Bo kto chce i lubi być na diecie? 10% społeczeństwa? Dietę ma każdy! Pan Waldemar, który zajda się kaszanką i pani Anna, która uwielbia kiełki, ogórki i kaszę jaglaną. Każdy ma jakąś dietę - lepszą, bądź gorszą. Więc nie da się przejść ,,na dietę", skoro już ją masz. Pewnie znasz ten tekst i Twoje oczy widziały go naście razy, ale kluczowa jest zmiana nawyków żywieniowych. Jednak co to naprawdę oznacza?
Skoro wiesz, jak teraz jesz, to jedyne co musisz zrobić to wprowadzić do tego wszystkiego poprawki. I nie chodzi o diametralne zmiany, wręcz przeciwnie. Jeśli teraz codziennie jesz coś słodkiego i Twój anioł aktywności podpowiada Ci, że to nie jest rozsądne, bo zbliża się wesele, na którym chcesz się dobrze zaprezentować, to ten anioł ma rację. Jednak nie będzie dobrym rozwiązaniem powiedzenie sobie: ok od teraz zero słodyczy. Rób to stopniowo i może to wyglądać na przykład tak:
W pierwszym tygodniu zamiast 7 słodkości zjem 5. Jeśli nie będzie to dla mnie wielkim wyrzeczeniem to w kolejnym zjem już tylko 3 i poobserwuję jak mi z tym wszystkim. Jeżeli będzie Cię kusiło na więcej niezdrowych rzeczy w tygodniu niż 3 to kolejny tydzień przetrzymaj z 3 ,,nagrodami", żeby przyzwyczaić swój organizm do tego stanu rzeczy. W kolejnym tygodniu zmniejszysz do 2 słodkości, a jeszcze w kolejnym do 1. Pisałem o tym wcześniej - to nie sprint, a maraton. Dlatego nie będzie rozsądne jak nagle zmienisz o 180 stopni swoje życie i zaczniesz być fit. Przygotuj się do tego. To tak samo jak w przypadku przebiegnięcia maratonu. Wyobraź sobie, że chcesz ukończyć maraton, czyli ponad 42 kilometry. Jednak do tej pory Twój rekord to bieg uliczny na 5 km.
Co wtedy zrobisz? Prawdopodobnie stopniowo zaczniesz zwiększać dystans na treningach. Najpierw pokusisz się o 1 kilometr więcej, potem 3, a potem 10, aż dojdziesz do niezłego wyniku. Prawdopodobnie nie powiesz sobie: ok, pierwszy trening, więc dziś lecimy z 20 km przebieżką. Rozsądek Ci na to nie pozwoli. Tak samo jest z jedzeniem. Rozsądek nie powinien pozwolić Ci od razu rzucić wszystkiego i stać się okazem zdrowego odżywiania. Stopniowo.
Oczywiste jest to, że efekty cieszą najbardziej, bo w zasadzie po to rozpoczęliśmy. Niektórych motywuje wynik, a innych proces. Jeśli jesteś w gronie pierwszym to jest większe prawdopodobieństwo, że odpuścisz, czyli przegrasz. Natomiast druga grupa ma ten plus, że oni lubią to co robią, cieszą się procesem, endorfinami i dobrym nastrojem i są mniej podatni na demotywowanie się brakiem efektów. A bardzo często jest tak, że masz rezultaty, jednak Twoje oczekiwania są oderwane od rzeczywistości. Jestem w różnych grupach tematycznych i widzę posty: czym dam rade schudnąć 10 kg w miesiąc? Co zrobić? Muszę za 30 dni ważyć 55, a dziś waga pokazała 65 kg.
To jest grupa pierwsza, która łatwo się demotywuje. To co mogę Ci zarekomendować to to, żeby podejść do tego inaczej, luźniej. Zacząć to robić, ale nie spodziewać się, że zacząłem, więc teraz oczekuję efektów. Pomyślmy logicznie. Czy byłoby uczciwe, że zapuszczasz się 15 lat, a po miesiącu dbania o siebie wyglądasz jak pan z tabloidu, bądź bogini piękności?
Ciesz się tym, że robisz coś dla swojego życia i zdrowia, bo efekt przyjdzie prędzej czy później. Pierwsza grupa bardzo często wchodzi na wagę, mierzy swoje rezultaty i codziennie rano staję na wagę i frustruje się, że od wczoraj spadło tylko 0.1 kilograma. 3 kilogramy w miesiąc? Tylko? Co to ma być...
Podejdźmy do tego czysto matematycznie. 3 kg w miesiąc to przy takim wyniku masz -36 kilogramów rocznie. Oczywiście nie jest tak, ze miesiąc w miesiąc mamy równe efekty i często jest to sinusoida, ale czysto matematycznie... Czy 3 kilogramy to mało? NIE! Twoje oczekiwania są oderwane od rzeczywistości i dlatego wydaje się to słabym wynikiem. Doceniaj każdy, nawet mały sukces, bo mała rzecz, mała rzecz, kolejna mała rzecz spowoduje duży sukces.
Pół żartem, ale też pół serio. Wyrzuć wagę do kosza. Twoje cyfry zależą od tak wielu czynników, że nadmierne wchodzenie na wagę nie jest rozsądne, ponieważ wynik zależy od tego ile zjesz, ile wypijesz, pory dnia, wizyty w toalecie czy cyklu menstruacyjnego w przypadku kobiet. Jeśli już wchodzisz na wagę to rób to raz w tygodniu, a najlepiej co dwa tygodnie, bo to dobry czas, żeby zobaczyć mały sukces.
Dobrym wyznacznikiem efektów mogą być na przykład obwody i są zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż wchodzenie na wagę. Zmierz obwód klatki piersiowej, pod klatką, brzuch na wysokości pępka, biodra i uda - to kluczowe parametry. Jeśli nie masz dużej otyłości i nie zwisa Ci pępek, który potem(gdy schudniesz) zmieni swoje miejsce to obwód na poziomie pępka prawdę Ci powie :)
Świetną sprawą może być też przymierzanie jednej, wybranej i niepranej rzeczy - spodnie, bluzka, sukienka. Może to być coś w co kiedyś z łatwością się mieściłeś, a dziś jest problem. Niech będzie w szafie, a gdy będą regularne treningi to przyjdzie moment na założenie tych przykładowych spodni. Nie pierz ich jednak, bo się skurczą i nawet jak będziesz miał efekt to wyprane spodnie zrobią Ci psikusa :)
Jeżeli ludzie Ci mówią, że się zmieniasz to traktuj to jako pozytywny test Twoich działań. Najlepiej jak nie są to zbyt bliskie osoby i będą to ludzie, których nie widzisz codziennie.
Być może będzie Ci się wydawać, że to co napisałem jest zbyt proste. Zapewniam Cię jednak, że nie jest, bo geniusz tkwi w prostocie. Nie od razu Rzym zbudowano, ale cegły kładziono codziennie. Tak samo jest z osiągnięciem lepszej sylwetki. Krok po kroku, udoskonalaj swoje funkcjonowanie, bo ewolucja jest lepsza niż rewolucja. Jeśli idziesz do fizjoterapeuty, bo bolą Cię plecy to prawdopodobnie nie będzie tak, że po jednej wizycie jesteś świeżynka. Prawdopodobnie potrzebujesz kilku wizyt i zmiany swojego funkcjonowania, bo czarodziejskie dłonie pomogą złagodzić ból, czyli skutek, ale nie zlikwidują przyczyny. Tak samo jest z dbaniem o siebie. Jednak wiosna jaskółki nie czyni, więc interpretuj to w ten sposób, że jeden tydzień dbania o siebie nie sprawi, że Twoja waga pokaże -5 kilogramów.
Dbanie o siebie, treningi i dobre odżywianie to coś pięknego. Ludzie stają się pewni siebie, akceptują siebie i mają wyższą samoocenę. Jednak, żeby tak się stało to muszą to robić dłużej niż tydzień czy dwa tygodnie. Wszystkie korzyści dbania o siebie(a uwierz jest ich mnóstwo) przypadają tym wytrwałym, którzy wytrzymują dłużej niż w przypadku postanowień noworocznych. Zdaję sobie sprawę, że na początku może być ciężko, dlatego kluczowe jest wprowadzenia stopniowych zmian i z czasem dodawanie kolejnych, bo to jak kula śniegowa - najpierw jest malutka, potem większa, a później duża. Tak samo będzie z Twoimi rezultatami. Życzę Ci powodzenia. WSZYSTKO zależy od Ciebie.
ul. ul. TORUŃSKA nr. 156 lok., 85-023 Bydgoszcz,
KRS 0001238079
NIP 9532818786
REGON 544618351
trenerczajkowski@gmail.com